18.11.2017

No Name

Był ciepły październik. Dość nietypowy jak na złotą jesień. Słońce świeciło w pełni, ogrzewając mieszkańców miasta swoimi promieniami. Jesień? Nikt by nie powiedział, że nadeszła jesień. Pogoda zwiastowała nadchodzące dobro i szczęście. Ludzie wychodzili z domu, zrzucali z siebie grube ubrania na korzyść krótkich. Tak uwielbianych przez większość ludzi na ziemi. W kalendarzu zapisana była jesień, jednak dzisiaj ludzie mogli poczuć woń niedawnego lata.
Kto nie kocha lata? Słońce, ciepło, wakacje. Najlepsze chwile, które człowiek spędza latem. To wtedy dzieci mogą dłużej siedzieć na dworze, grając w piłkę czy w klasy. To wtedy młodzież spaceruje po mieście, zabawiając w różnych klubach do wczesnych godzin porannych. To wtedy młodzi spędzają najlepsze chwile w swoim życiu. Pary wyjeżdżają na romantyczne wakacje, spędzając miło czas z daleka od niekiedy trudnej i ciężkiej codzienności. Po wyznaczonym okresie odpoczynku wracają szczęśliwi, pełni spokoju i energii na nadchodzące miesiące ciężkiej pracy.

Po wyczekiwanych wakacjach przychodzi wrzesień. Czas męki i niedoli dla dzieci i młodzieży. Szkoła, poranne wstawanie, prace domowe... Każdy z nas przez to przechodził. Każdy z nas nienawidził września. Każdy z nas chciałby, żeby wakacje trwały wiecznie. Jeszcze przez niecały miesiąc człowiek ma okazję nacieszyć się końcówka lata przed nadchodzącą jesienią. Później każdy przygotowuje się mentalnie do szarych, ciemnych i chłodnych dni.
                To jest jednak teoretyczna jesień. W praktyce jesień jest cudowna. Uwielbiam czas, kiedy drzewa gubią liście. Drogi są usłane złoto-czerwonym dywanem, nadając jej magiczny wygląd. Drzewa w kolorach ognia sprawiają, że chociaż na chwilę można się poczuć jak w jakiejś bajce. Można poczuć magię danego miejsca. Magię, której mi tak brakuje.
                Pomyślcie sobie, jakim cudem mi — czarownicy, która skończyła szkole magii jako ta najlepsza z wybitnymi ocenami i idealnym startem w przyszłość może brakować magii. Jakim cudem mi — kobiecie sukcesu, przed którą kariera w Ministerstwie stała otworem, może brakować magii. Mało kto bowiem wie, że z niej zrezygnowałam. Jako czarownica urodzona w mugolskiej rodzinie, która magię znała tylko z książek dla dzieci, pokochała magię, jak i cały towarzyszący jej świat. Starałam się udowodnić wszystkim, że mimo swojego pochodzenia, jak i jak niektórzy twierdzili „szlamowatej krwi”, naprawdę pasowałam do tego świata. Nie bez powodu uważali mnie za najmądrzejsza czarownice od czasów samej Roweny. Coś kosztem czegoś. Miałam wiedzę, miałam umiejętności, ale zabrakło mi szczęścia. Brakowało mi miłości.
                Po wojnie każdy z moich przyjaciół sobie kogoś znalazł. Harry po szczęśliwej wygranej oświadczył się Ginny. Lina stworzyła wesoły i niezrozumiały dla niektórych związek z Nevillem. George pomimo śmierci brata znalazł ukojenie dla rozżarzanego serca w ramionach Angeliny. Lavender związała się z jakimś przystojnym Krukonem. Bill stworzył szczęśliwe małżeństwo Z Fleur, stwarzając owoc ich miłości małego Friderika. Charlie oddał się całkowicie w świat smoków, a nawet Percy wrócił, jak syn marnotrawny schodząc się z niejaka Penelopom.
                Zastanawiacie się pewnie co z Ronem. Po wojnie wyjechał przemyśleć swoje życie, by po dwóch miesiącach wrócić i bez żadnych ceregieli prosić mnie o rękę. Odmówiłam mu z powodu cholernego niedopasowania charakterów i braku jakiegokolwiek uczucia do chłopaka. Jego rodzina nie przyjęła tego do wiadomości. Dla nich już od pierwszych chwil w Norze byłam przypasowana do ich najmłodszego syna. Jego wieloletnia, nieodwzajemniona miłość, jakby to przypieczętowała. Suma summarum zostałam bez rodziców, bez przyjaciół, bo nie potrafili zrozumieć mojej decyzji oraz bez miejsca, gdzie mogłam się zatrzymać w każdej złej chwili swojego życia. Bez miejsca, gdzie znalazłam zawsze oparcie bez względu na wagę sytuacji. Tak więc wyjechałam do Londynu, zatrzymując się tymczasowo w Dziurawym Kotle. Wynajęłam pokój w najdalszym kącie hotelu, chcąc uniknąć ludzi i jakiegokolwiek kontaktu z nieznajomymi.
                Całe dnie przesiadywałam na skarpie, na której spędzałam ostatnie chwile przed wojną, która zburzyła wszystko. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego odrzuciłam od razu Rona. Nikt nie wiedział, że byłam związana z jego bratem — Fredem. Nawet moja najlepsza przyjaciółka, która była jednocześnie siostra dwóch rudzielców nie wiedziała. Nie chciałam jej tego mówić, zważywszy na to, że była ich siostra oraz że nie spojrzałaby na ten fakt racjonalnie przesłonięta wizja mnie i Rona w przyszłości. Tuż przed wojną każda wolna chwile spędzałam na tej właśnie skarpie. Znajdowała się tam drewniana ławeczka, na której można było usiąść i podziwiać widoki miasta. Wieczorami widok był najpiękniejszy, kiedy to miliony przeróżnych świateł rozbłyskiwały, oświetlając okolice, jak i spory obszar wokół. To tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwa twarz Freda. To tam właśnie pocałował mnie po raz pierwszy. To tam właśnie kochaliśmy się po raz pierwszy. To tam właśnie powiedział mi swoich zamiarach walki podczas wojny. To tam mnie wspierał, pocieszał i scałował łzy z moich policzków. To tam kochaliśmy się po raz ostatni.
                Minęły cztery miesiące od wygranej wojny. Cztery miesiące od śmierci Freda. Dwa miesiące od mojej wyprowadzki z Nory. Wiadomość o śmierci ukochanego mną wstrząsnęła. W Norze mogłam się oddać bólowi całkowicie, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Po miesiącu musiałam się otrząsnąć z wewnętrznej żałoby i sprawiać pozory normalnej Hermiony. Za dnia mi się to udawało, w nocy przychodziła tęsknota, ból i niezrozumienie.
                Położyłam dłoń na lekko zaokrąglonym brzuchu. Tak, byłam w ciąży z Fredem. Pod moim sercem rósł owoc naszej miłości. Nasze dziecko, nasz mały skarb. Szkoda tylko, że ani ono, ani on nie będzie miało okazji ujrzeć drugiej osoby. Los mnie pokarał, zabierając chwilę szczęścia, uniemożliwiając normalne życie. Dlaczego to musiał być on? Cały ten czas zadaje sobie to pytanie. Wieczorami analizuje wojnę jeszcze raz, próbując zyskać jakiekolwiek szanse na to, żeby Fred mógł przeżyć. Za każdym razem jednak dochodzi do mnie, że to niemożliwe. W chwili największego załamania miałam ochotę użyć zmieniacza czasu, żeby jakoś odciągnąć go od tej ściany, uniemożliwić mu pójście na wojnę... Jednak ryzyko było zbyt wielkie, żebym mogła je podjąć dla własnego szczęścia.
                - Nie spodziewałem się ciebie tutaj Granger. Przynajmniej nie teraz.
Odwróciłam głowę i spojrzałam w błękitne oczy osoby, której nienawidziłam przez lata. Lata pogardy, wyzwisk i wysłanych łez... Wszystko przez jedną osobę, której głos rozpoznałabym wszędzie.
                - To samo mogę o tobie powiedzieć Malfoy.
Zaśmiał się i wyszedł spod drzewa, kierując się w stronę ławki. Usiadł tuż obok, a jego wzrok powędrował na mój brzuch.
                - Wiadomo kto to?
Zapytał, nieśmiało spoglądając na mnie.
                - Nie — wydukałam. - Nie chce wiedzieć.
                - Przykro mi z powodu Weasleya.
Prychnęłam, opatulając się swetrem. I ja mam w to uwierzyć?
                - Naprawdę
Dodał spokojnie, przez co spojrzałam na niego. Siedział skruszony, niepewnie zagryzając wargę.
                - Wiem, że go kochałaś. Wiem, że to jego dziecko. Tak samo, jak wiem, że do dzisiaj go opłakujesz.
Otworzyłam buzię, zdziwiona jego słowami. Co to miało znaczyć? Czyżby mnie śledził?
                - Chcesz wyrównać porachunki za szkolne lata? Chcesz się jakoś na mnie odegrać? Proszę bardzo. Jestem teraz słabsza niż w szkole. Śmiało, spróbuj.
Pokręcił przecząco głową i obrócił się bokiem, w moją stronę.
                - Nie mam zamiaru niczego wyrównywać. Nie przyszedłem tu walczyć...
                - Więc co tu robisz?
                - Widzę, że potrzebujesz towarzystwa.
                - I akurat wpadłeś na pomysł, żebyś mi go dotrzymał. Wspaniały pomysł Malfoy. Nie ma co.
                Wstałam, kierując się w stronę lasku. Miałam zamiar opuścić to miejsce najszybciej, jak kobieta ciężarna potrafi.
                Po powrocie do hotelu od razu położyłam się na łóżko, analizując krótką wymianę zdań z Malfoyem. Skąd wiedział, że to dziecko Freda? Skąd wiedział, że tam będę? Położyłam dłoń na brzuchu, delikatnie głaszcząc jego strukturę. To właśnie tam spoczywało moje największe szczęście. Nie było dnia, żebym się nie zastanawiała, jak będzie wyglądało. Po kim odziedziczy charakter? Będzie przypominało bardziej mnie czy swojego zmarłego ojca? Czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka? Myśląc o dziewczynce mam przed oczami obraz uśmiechnięte od ucha do ucha, brązowowłosej piękności o niebieskich oczach. Włosy miałaby długie i proste – zupełne przeciwieństwo moich. Myśląc o chłopcu, widzę natomiast kopie Freda. Małego urwiska o rudy włosach i brązowych oczach. Chociaż to by miał po mamie. Oboje byliby kochanymi dziećmi, mający garstkę najlepszych przyjaciół. W przeciwieństwie do ich matki.
                Dlaczego więc nie wrócę? Nie powiem prawdy, nie przyznam się do miłości. Jaki to ma sens? Co by to zmieniło? Mam się łudzić, że wszyscy mi wybaczą, bo dowiedzą się, że noszę w sobie młodego Wesleya? Nazwisko było takie same, ale dla nich liczyły się fakt, że to zmarły Fred jest ojcem, nie Ronald. Po wielogodzinnych rozmowach z rodziną pewnie podjąłby się opieki nade mną i swoim bratankiem. Czy ja tego chciałam? Ronald był zawsze moim przyjacielem. Zakładając z nim rodzinę, równie dobrze mogłabym ja założyć z Harrym. Pogmatwane, prawda? Nic nie składało się w logiczną całość. Podsumowując, byłam samotna matka z nienarodzonym dzieckiem, wpadająca w paranoje po śmierci ukochanego, który jednocześnie jest ojcem dziecka. Nienawidzę Cię losie...
                Chichot losu, jak i codzienne utrudnienia nie zniechęcały mnie jednak do odwiedzania skarpy. Codziennie spędzałam tam popołudnia, tempo wpatrując się w krajobraz przed sobą. Myśli błądziły na przeróżne tematy, wywlekając bolesne, jak i te mniej wspomnienia. Po policzku mimowolnie spłynęła mi łza.
                - Myślałem, że już najgorsze za tobą, ale jak widać, wciąż siedzisz w pierwszej fazie rozpaczy.
                - Czego znów chcesz, Malfoy...- wydusiłam, szybko ścierają łzy.
                - Chce ci pomóc Granger – odpowiedział, siadając obok mnie.
                - Niby w czym...
                - W pokonaniu rozpaczy? W wyjściu ja prosta? Masz dla kogo żyć – powiedział i wyjął chusteczek z kieszeni kurtki, podając mi ją.
                - Dzięki – mruknęłam i wydmuchałam nos. – Co ty możesz o tym wiedzieć? Nigdy nikogo nie kochałem. Nie miałeś prawdziwych przyjaciół ani rodziny.
                - Na wojnie straciłem przyjaciela. Rodziców też straciłem. Potter zesłał ich do Azkabanu. Nie pamiętasz? – wyrzucił cicho. – Bądź co bądź wiem, co czujesz, bo również jestem sam.   
                -Pójdziesz wieczorem do klubu i z pewnością znajdziesz jakąś pałeczkę, która dotrzyma ci towarzystwa.
                - Naprawdę myślisz, że to jest szczyt moich ambicji? Myślisz, że to tak fajnie? Codziennie sprowadzać sobie nowe laski do łóżka, które za parę drinków zrobią dla ciebie wszystko? Może i to było fajne, ale przed wojną, kiedy nie liczyło się dla mnie co będzie jutro. Pora wydorośleć, nie uważasz?
                - Jakbyś nie zauważył, ja muszę to zrobić, bo za pięć miesięcy nie będę sama na tym świecie.    
                - Więc to chyba najlepszy powód na to, żeby o siebie zadbać.
                Prychnęłam cicho, obejmując się ramionami. Co taki Malfoy może wiedzieć i tym wszystkim?
                - Proszę – powiedział, podając mi niebieski pojemnik. – Przyda Ci się.               
                Otworzyłam je i cudowny zapach, ciepłego obiadu uderzył w moje nozdrza. Zamknęłam go, śmiejąc się cicho.
                - Naprawdę? Masz zamiar mnie karmić? Zaczynasz się bawić w poczciwą dusze, która pomaga ciężarnym?
                - Ciężarnym nie. Tobie tak. Zjedz to. Wiem, że mało co jesz w ostatnim czasie, a akurat o ile tobie to nie przeszkadza, twojemu dziecku już będzie bardziej...
                Zmierzyłam go wzrokiem i otworzyłam ponownie pojemnik. Odczepiłam widelec z pokrywki i zadała zawartość pojemnika. Ryż z sosem pomidorowym. Wzięłam na widelec pierwsza porcje i włożyłam ja do ust. Chwilę później pojemnik był pusty, a mój żołądek pełen. Spojrzałam na Malfoya, na którego ustach pojawił się szeroki uśmiech.
                - Mam nadzieję, że mnie nie zatrułeś.
                - Skąd to podejrzenie? – zapytam roześmiany.
                - Bezwonne trucizny działają z opóźnieniem. Mało która działa od razu. Znając ciebie, wybrałbyś taką, która działa powoli, żebyś mógł się rozkoszować moim cierpieniem...
                - Przeceniasz moje możliwości
                Skrzywiłam się.
                - Przynajmniej razem z dzieckiem spotkamy się z Fredem. Chociaż będzie wiedział, że mógłby być ojcem.
                - Naprawdę chciałabyś, żeby tak się stało? – zapytał, na co westchnęła.
                - Z początku chciałam. Dopóki nie dowiedziałam się o dziecku. Rodziny i tak nie miałam. A teraz muszę żyć, chociażby dla dziecka. Może ono będzie, chociaż chodzący wspomnieniem o Fredzie.
                - A Wesleyowie?
                - Rodzina nie wygania z domu, gdy ma się inne zdanie i nie podejmuje decyzji oczekiwanej przez wszystkich.
                - Rozumiem – powiedział, przenosząc spojrzenie przed siebie.
                - Naprawdę? – zapytałam zdziwiona.
                - Oczywiście. W końcu byłem w podobnej sytuacji. Tylko ja zostałem pozbawiony rodziny przez Pottera. Po śmierci Blaise’a nie miałem nikogo. Rodzina zniknęła z mojego życia, odpokutowując swoje winy w Azkabanie.
                - Przykro mi. Nie wiedziałam, że Zabini nie żyje... – spojrzałam na niego. – Jak zginął?
                - Zabił go Crabbe po tym, jak się dowiedział o śmierci Goyle’a w pokoju życzeń. Uważał, że to przez Blaise’a jego przyjaciel nie żyje. Zginął po rzuceniu zaklęcia Sectumsempra. Wykrwawił się na moich oczach. Do dzisiaj mam przed oczami nieme błaganie o pomoc. Strach mnie sparaliżował na kilka sekund, które wystarczyły na to, aż uratowanie Blaise’a stało się niemożliwe – westchnął, przecierając oczy.
                - Freda przygniótł zawalony sufit. Nie miał szans. Samej śmierci nie widziałam. Może, gdybym go nie zostawiła, udałoby się go uratować. Zorientowałam się, że nie żyje w momencie, kiedy weszłam do Wielkiej Sali. Szloch Pani Wesley było słychać już od progu. Cudem się nie rozsypałam na kawałeczki. Napędzała mnie adrenalina i chęć zwycięstwa. Gdyby nie to, rzuciłabym się z mostu w przepaść.              
                - Czasem się zastanawiam, czy gdybym zareagował szybciej, czy Blaise by przeżył. Być może teraz siedziałbym z nim w barze, a nie tutaj z tobą...
                - Widocznie tak miało być – powiedziałam po dłuższej chwili, wstając. – Pójdę już – westchnęłam. – Zaraz się zacznie ściemniać.
                - Odprowadzić cię? – zapytał, wstając.
                - Nie dziękuję – odpowiedziałam, odchodząc.
                Kiedy wróciłam do hotelu, odetchnęłam po raz pierwszy od czterech miesięcy. Kolejne spotkanie z Malfoyem okazało się przyjemniejsze, niż sądziłam. Po raz pierwszy spotkałam zrozumienie ze strony drugiej osoby. Po raz pierwszy spojrzałam na innych nie przez pryzmat własnej żałoby i cierpienia. Po raz pierwszy od zakończenia wojny zrozumiałam, że nie tylko ja straciłam bliska mi osobę. Byłam cholernie egoistyczna, co było do mnie zupełnie niepodobne. Było tyle ofiar, tyle ludzi, którzy stracili swoich bliskich, rodzinę, przyjaciół, partnerów. Przez cały czas zanurzałam się coraz głębiej we własnej rozpaczy, nie zwracając uwagi na cierpienie innych. Zamiast pogodzić się z tym, wraz z przyjaciółmi uporać się z piętnem wojny i nauczyć się żyć na nowo wolałam myśleć tylko o sobie. To dziwne, że dopiero po czterech miesiącach od zakończenia wojny do mnie dotarło, gdzie popełniałam błędy. To dziwne, że uświadomił mnie w nich właśnie Malfoy.
                Położyłam się do łóżka, dopiero gdy na dworze zapadł mrok. Opatulona ciepłą kołdrą analizowałam dzisiejszy dzień i wydarzenia. Ponownie miałam okazję poczuć, jak ktoś się o ciebie troszczy. Ponownie poczułam się, jakbym miała przyjaciół, którzy nie pozwolą Ci na zagładę. Obiad, który dzisiaj zjadłam, nie przyznając się, był pierwszym ciepłym posiłkiem od dłuższego czasu. Zwykle żywią się częstym chlebem i zimna zupa, która dostałam w kuchni Dziurawego Kotła. Jadłam chociaż to, bo wiedziałam, że muszę. Dziecko – jedyny fakt, który mnie motywować to rzeczy, których zwykle bym nie robiła. Niechętnie musiałam się przyznać, że jego gest mnie dogłębnie poruszył. Szok i niedowierzanie zmroziło mnie, ale jednocześnie pojawiła się iskierka nadziei, że ktoś na tym świecie się jeszcze o mnie martwi. Nawet jeśli tym kimś miał być Malfoy.
                Następne dni były dla mnie jak rutyna. Wstawali rano, schodziłam na dół, by wypić ciepła herbatę i wychodziłam na spacer. Po długim spacerze wracałam do Dziurawego Kotła zjeść coś, co miało imitacja obiad i po nim udawałam się na krótką drzemkę. Po południu standardowo chodziłam na skarpę, wiedząc, że będzie tam na mnie czekać Malfoy. Wieczorem wracałam do pokoju, gdzie ostatnie minuty dnia spędzałam przy oknie, rozmyślając o minionym dniu. Chwilę po zmierzchu kładka się spać, starając się zdusić w zarodku brak ciepła drugiej osoby. Nie zawsze kołdra czy kominek ja zastępować. Ku swojemu zdziwieniu z każdym minionym dniem Malfoy był mi bliższy. W czasie wspólnych popołudniowych rozmów poznawałam go na nowo, tak naprawdę, że strony jego prawdziwego „ja”. Z każdym dniem coraz więcej zrozumienia znajdowałam, jak i wsparcia. Kiedy najbliżsi zawiedli, odnalazłam je w osobie, po której się tego za nic w świecie nie spodziewałam. Wojna zmieniła nas wszystkich. Sukcesem dla mnie, jak i dla niego był fakt, że ponownie zaczęłam się uśmiechać i czerpać radość z ocalałego życia. Byłam cała i zdrowa, miałam wszystkie pary palców, wszystkie kończyny i zdrowy rozsądek. Wyszłam bez większego szwanku z wojny. Dopiero teraz to potrafiłam docenić.
                Przełomem w naszej niecodziennej relacji była rozmowa pod koniec października, kiedy to wieczory robiły się chłodniejsze i ciemniejsze. Siedziałam opatulona ciem kocem z kubkiem herbaty w dłoni. Drzewa powoli zostawały bez liści, a chłodny jesienny wiatr hulał po świecie, zostawiając po sobie chłód.
                - Tyle o tobie wiem – zaczął. – A wciąż nie wiem, gdzie mieszkasz...
                - Ja... – w dziurawym kotle. – Wynajęłam tam pokój, bo tylko na to mnie było stać.
                - Przez tyle czasu?
                - Z początku opłaciłam dwa tygodnie z góry. Po przeniesieniu się do hotelu Tom zakazał mi płacenia za cokolwiek. Uważał, że taka osobie, jak ja nie powinna płacić za nocleg w jego hotelu. Jak to ujął, dzięki mnie on wciąż żyje – uśmiechnęłam się lekko, kurczowo obejmując kubek.
                -Mam pomysł, ale nie wiem, czy ci się on spodoba.   
                - A więc słucham – westchnęłam cicho, dopijając herbatę.
                - Przenieś się do mnie – powiedział, obserwując moja reakcje. – Dom jest duży, sam czuje się w nim źle, a tobie będzie coraz trudniej i towarzystwo wraz ze wsparciem drugiej osoby ci zdecydowanie dobrze zrobi.
                - No nie wiem – zawahałam się, nie wiedząc, czy to dobry pomysł.
                - Co ci szkodzi?
                - To Malfoy Manoor? – zapytałam, przełykając ślinę. Ostatnie, o czym marzyłam to zamieszanie w domu, gdzie spotkało mnie tyle złego.
                - Nie, kupiłem nowy dom na obrzeżach Londynu z myślą o nowym życiu. Jest ciepłym o przytulnym miejscem. Zupełne przeciwieństwo mojego starego miejsca zamieszkania. To jest dom, nie willa rodem z horroru.
                - W porządku – powiedziałam wreszcie. – Będę potrzebowała niedługo wsparcia, a skoro się sam w to pchasz, odmawiać nie będę – uśmiechnęłam się lekko. – Idziemy – wstałam. – Mam dosyć zimnego pokoju i klimatu, jaki panuje w Dziurawym Kotle.
                Ku zdziwieniu obojga dwie godziny później już stałam w domu Malfoya. Nie sądziłam, że ten pomysł był dobry, ale musiałam myśleć o dziecku. A w przypadku, gdy coś będzie nie tak, sama sobie nie poradzę. Pierwsze co zrobił, gdy zajęłam swój pokój na całe szczęście znajdujący się po drugiej stronie domu niż sypialnia Malfoya, wcześniej wspomniany napuścił ciepłej wody do wanny. Kiedy weszłam do środka, otuliło mnie ciepło, a zazwyczaj doskwierany ból mięśni powoli ustępował. Pierwszy raz od nie pamiętam, kiedy leżałam w ciepłej wodzie. Poczułam lekkie kopnięcie, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że dziecku też się to podoba. Ciepło dało mi poczucie bezpieczeństwa i relaksu. Ostatnia taka kąpiel urządziłam sobie w Hogwarcie, korzystając z łazienki Prefektów na 6 piętrze. Zdążyłam zapomnieć, ile frajdy sprawia tak z pozoru mało ważna rzecz. Po umyciu dokładnie włosów i całego ciała wyszłam z wanny, opatulając się puchatym i grubym ręcznikiem. Ubrałam piżamę i zarzuciłam na ramiona gruby wełniany szlafrok. Na stopy wsunęłam swoje bambosze i skierowałam się w stronę swojego pokoju. Kiedy tylko otworzyłam drzwi, uderzył we mnie zapach smażonych naleśników. Spokojna muzyka z kuchni i dźwięk rozkładany talerzy zapowiadał coś ciekawego. Kierując się niezbitą ciekawością, ruszyłam w dół, zatrzymując się w kuchni. Ujrzałam Malfoya, który przygotowywał kolacje. Sądząc po ilości jedzenia, nie tylko mnie chciał tym nakarmić, ale i połowę wojska.
                - Oczywiście nie ulega wątpliwości, że teraz będziesz jadła normalne, ciepłe posiłki i stałych porach?
                - Nigdy bym na to nie wpadła – zironizowałam, siadając przy stole.
                - Zdążyłem zauważyć, że mało co jadasz, a sądząc po kondycji twojej szarej skóry i pozbawionych blasku włosach nie jest to nic pożywnego.
                - Będziesz robić teraz za moją matkę?
                - Z płcią nie trafiłaś – powiedział, stawiając przede mną talerz z naleśników. – Ale interpretuj sobie to, jakkolwiek chcesz – mruknął, siadając naprzeciwko.
                Kolacje zjedliśmy w ciszy.
                Wieczorem, kiedy leżałam w ciepłym łóżku w towarzystwie – o zgrozo – kota, nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Jeszcze tydzień temu nie pomyślałabym, że będę leżeć w łóżku z pełnym żołądkiem w domu Malfoya. Podświadomie wiedziałam, że to wyjdzie na dobre, ale pojawiła się obawa, co się stanie później. Jak potoczy się mój los, kiedy pojawi się dziecko? Odpuszczę dom Malfoya, ale jeszcze nie miałam ani planu, ani pomysłu na to, gdzie wtedy zamieszkam. Było mi tu tak dobrze, że podświadomie chciałam zostać tu na zawsze. Bądźmy jednak realistami. Mało kto ma w sobie tyle dobroci, żeby przygarnij i utrzymywać samotną matkę z dzieckiem. Tym bardziej Malfoy.
                Kolejne dni mijały w spokoju. Spacery zastępowałam wizytami w bibliotece Malfoya, a popołudnia na skarpie rozmowami na kanapie przed kominkiem. Jedynie co się nie zmieniło to towarzystwo. Malfoy ku mojemu zdziwieniu naprawdę się zaangażował i faktycznie pomagał w każdej chwili. Niczego mi nie brakowało, a mój żołądek był non stop pełny. Z tego wszystkiego czułam, że nie tylko ja, ale i dziecko przybrało sporo na wadze. Kondycja skóry mi się poprawiła, włosy stały się z powrotem błyszczące a radość, która można było kiedyś ujrzeć w moich oczach, wracała za każdym razem, gdy czułam ruchy maleństwa. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam się w pełni szczęśliwa, wiedząc, że mam przy boku osobę, na którą mogę polegać w każdej chwili.
                - Musiałabyś iść na badania – zaczął któregoś poranka. – Jakby nie patrzeć zaczęłaś siódmy miesiąc. Powinnaś iść na kontrolę.
                - Tak – powiedziałam. – Faktycznie, powinnam.
                Ile razy byłam w ciągu całej ciąży u lekarza? Po raz pierwszy, gdy definitywnie stwierdził ciąże i po raz drugi, gdy pojawiło się niepokojące krwawienie na początku 8 tygodnia ciąży. Dzisiaj mija miesiąc, odkąd zamieszkałam u Malfoya. Zaczęłam przedostatnie okrążenie, a do mety nie zostało długo. Było mi coraz ciężej, co potwierdza moje bóle stawów czy kręgosłupa. Jak na tak drobną posturę to było zbyt wiele.
                - Jeżeli chcesz, mogę załatwić lekarza tutaj – powiedział po dłuższej chwili.
                - Naprawdę? – spojrzałam na niego znad talerza. – Zrobiłbyś to?
                - Widzę, że ci ciężko a dodatkowa wizyta w poradni byłaby dla ciebie ciężarem. Załatwię to, co trzeba i po południu lekarz będzie u nas.
                Uśmiechnął się do mnie na koniec i skończył śniadanie. Chwilę później wyszedł, najpewniej załatwiając wszystko, co potrzeba do domowej wizyty lekarza. Po zjedzeniu śniadania i dopiciu herbaty usiadłam na fotelu, biorąc do ręki książkę, która wczoraj zaczęłam. Po przeczytaniu piąty raz tego samego akapitu odłożyłam ja, bo dalsze czytanie nie miało żadnego sensu. Wciąż przed oczami miałam wyraz troski Malfoya, gdy proponował wizytę domową. Tak wiele dla mnie zrobił, a ja nie miałam bladego pojęcia jak mu się odwdzięczyć. To, co mi dał i jak się o mnie troszczył... Zdecydowanie nie mogłabym tego oczekiwać od Harry’ego czy Rona.
                Po południu wrócił zadowolony z siebie w towarzystwie wysokiego bruneta. Mógł być nie wiele ponad 5 lat od nas starszy. Młody, świeżo po studiach szanujący się dość dobra opinia. Po przywitanie się ze mną ruszył w kierunku sypialni, aby rozłożyć potrzebny na badanie sprzęt. Poprawiłam podwinięta koszulkę i poczłapałam w stronę sypialni.
                - Chcesz też iść? – zapytałam, decydując się ostatecznie na jego towarzystwo.
                - Ja... Nie sądzę, że to byłby dobry pomysł.
                Usta mówiły nie, ale oczy krzyczał tak. Faceci...
                -Daj spokój. Chodź – wyciągnęła do niego rękę. – Warto wiedzieć o kogo dbasz – zaśmiałam się, głaszcząc spory już brzuch.
                Przyjął moja dłoń i powędrowaliśmy do sypialni, gdzie czekał już na mnie lekarz. Usiadłam na przygotowanym krześle i podwinęłam koszulkę. Malfoy usiadł tuż obok, czując się nieswojo. Złapałam go za dłoń i mrugnęłam do niego, starając się jakoś go wesprzeć. To ja nosiłam dziecko w brzuchu, nie on. Lekarz zaczął rozlewać zimny żel na skórze, włączając przy tym USG. Mężczyzna obok patrzył na to wszystko zafascynowany. Coś nowego i mugolskiego rozgrywało się na jego oczach. Kiedy lekarz przyłożył do brzucha sondę, głowicą jeżdżąc po skórze, w pomieszczeniu usłyszeliśmy bicie małego serca chwilę po tym, jak na ekranie pojawił się obraz dziecka. Było maleńkie. Rączki miało zaciśnięte w piąstki, a główkę wtulona w ramiona. Nogi miał podkurczone.
                - Cud – wyszeptał blondyn, wpatrując się w ekran.
                Po moim policzku mimowolnie spłynęła pojedyncza łza. Łza szczęścia.
                - No i proszę – powiedział lekarz. – Mamy chłopca.
                Chłopiec. Spojrzałam na Malfoya, a po moich policzkach zaczęły spływać kolejne łzy. Automatycznie przed oczami stanął mi obraz małego brązowowłosego chłopca o intensywnie niebieskich oczach. Poczułam mocniejsze ściśnięte dłoni. Wyrwalam się z zamyśleń, ocierając łzy kciukiem. Spojrzałam na blondyna, uśmiechając się przez łzy.
                - Freddie – wyszeptałam... – Mały Freddie.
                Uśmiechnął się, podnosząc moja dłoń do ust. Ucałował ją, pocierając pocieszające kciukiem.
                - Z dzieckiem wszystko w porządku – odezwał się lekarz. – Rośnie zdrowy jak ryba. Kopie?
                -Czasem, mało wyczuwalnie.
                - Teraz może zacząć. Radziłbym liczyć ruchy w ciągu godziny. Przynajmniej dwa. I oczywiście niech przyszli rodzice rozmawiają z dzieckiem – Uśmiechnął się, wprawiając nas w zakłopotanie. – Przepisze Pani tabletki i do rozwiązania nalegałbym na regularną wizytę. Będziemy w kontakcie – zwrócił się w stronę Malfoya i pomógł mi wstać.
                Od tamtego czasu coś się między nami zmieniło. Malfoy chodził uśmiechnięty i zadowolony. Coraz częściej przyłapywałam go na cichym i wesołym pogwizdywaniu. Zazwyczaj to robił podczas przygotowywania posiłków. Niechętnie musiałam przyznać, że jego potrawy były przepyszne. Freddiemu zdecydowanie posmakowały, bo po każdym posiłku przekręcał się gwałtownie. Codziennie wieczorem głaskałam brzuch, cicho opowiadając bajki. Wierzyłam, że je usłyszy i zapamięta, by w przyszłości być inteligentnym dzieckiem. Nie było dnia, żebym nie rozmyślała, jak będzie wyglądał. Fakt, że jest to chłopiec, niesamowicie mnie uratował, jednakże przyniósł ze sobą pewną obawę. Bałam się, że będzie kopia ojca, a co za tym idzie, będzie bolącym wspomnieniem utraconej miłości.
                Kilka dni później, wczesnym wieczorem usiadłam przed kominkiem, kładąc dłoń na brzuchu. Poczułam delikatny ruch. Uśmiechnęłam się lekko. Już niedługo będę miała okazję zobaczyć tego maluszka. Wziąć go w ramiona, poczuć jego dotyk i usłyszeć jego płacz. Płacz, który oświadczy wszystkim, że mój syn przyszedł na świat. Że żyje i ma się dobrze. Oparła głowę o zagłówek kanapy, przymykając oczy. Jakiś czas później usłyszałam kroki i poczułam, że ktoś siada obok mnie. Uniosła powieki i ujrzałam Dracona wraz z dwoma kubkami gorącej herbaty. Dracona? Od kiedy z Malfoya stał się Draco? Zbyt wiele dla mnie zrobił. Okazał się wsparciem, kiedy najbliżsi zawiedli. Zamierzała mu prędzej czy później podziękować i odwdzięczyć się za całe dobro, które u niego zastałam.
                Oparł się o oparcie kanapy, niepewnie zerkając na mój brzuch. Uśmiechnęłam się lekko, wiedząc, co chciałby zrobić, ale wstydzi się zapytać. Podczas badania w jego oczach dostrzegam radość. Po raz pierwszy w życiu widział cud. Po raz pierwszy spotkał się z dzieckiem. Przeniosła swoją dłoń na dłoń chłopaka. Spojrzał na mnie niepewnie, kiedy splotłam nasze palce ze sobą. Uniosłam nasze słonie, kierując się w stronę brzucha, jednocześnie obserwując rosnący szok i strach w oczach Dracona. Położyłam jego dłoń na brzuchu, przykrywając ja swoją. Poczułam kopnięcie, na co skrzywiłam się lekko.
                -Przepraszam – powiedział, na co cofnął dłoń.
                Nic nie odpowiedziałam, na nowo przyciągając jego dłoń do dziecka. Tym razem ponownie się poruszyło. Spojrzałam na chłopaka, na którego twarzy pojawił się uśmiech. Obrócił się bokiem, kładąc druga rękę. Głaskał brzuch z coraz większym uśmiechem, który się poszerzał przy każdym ruchu dziecka.
                -Ale będzie z Ciebie urwis, Freddie. – zaśmiał się. – Mama sobie z tobą nie poradzi...
                Uśmiechnął się i nachylił się, robiąc coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Pocałował brzuch, cicho szepcząc.
                -Jednak nie przesadzaj, bo twoja mama jest najlepsza na całym świecie, Freddie.
                Ponownie pocałował brzuch, na chwilę wtulając się w niego. Podniósł się do pozycji siedzącej, niepewnie na mnie zerkając. W moich oczach pojawiły się łzy, a w sercu zrodziło się uczucie, którego nie potrafiłam nazwać. Być może wtedy pokochała tego faceta tak, jak on w jakimś stopniu pokochał moje dziecko. Dziecko, które było mu tak naprawdę obce. Nie potrafiłam uwierzyć jak ogromna zmiana zaszła w tym człowieku. Jak wiele przeszedł, że udało mu się nawrócić. Co musiał stracić, by zyskać spokojne i normalne życie. Wtuliłam się w niego, na tyle ile pozwolił mi brzuch, niezdarnie go obejmując. Po chwili poczułam, jak się obraca w moją stronę, również mnie obejmując. Poczułam, jak całuję mnie we włosy, wdychając ich zapach.
                -Nigdy, nie będę w stanie, ci się odwdzięczyć, za to, co zrobiłeś dla mnie. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wiele Ci zawdzięczamy oraz jak wiele dla nas zrobiłeś... Jeżeli będę w stanie, to powiedz, a jakoś ci się odwdzięczę.
                -Nie odchodź – odpowiedział. – Tylko tak możesz mi się odwdzięczyć.
                Pocałował mnie w czoło, dając poczucie bezpieczeństwa. Właśnie wtedy zrozumiałam, że to właśnie z nim było mi do tej pory najlepiej. Bez względu na to, jaką funkcję pełnił był mi potrzebny, a ja byłam w jakiś pokręcony sposób potrzebna jemu. Wniosła do jego domu odrobinę życia i energii. Codziennie wracając z pracy, wiedział, że będę na niego czekała. Miał świadomość, że nie wraca do pustego domu, bo zawsze w nim będę. W jakimś stopniu przywiązaliśmy się do siebie. Stworzyliśmy między sobą przyjaźń. Okazał się lepszym przyjacielem niż osoby, które przez lata nimi byli. To wszystko dało mi lekcje życia, która mówiła, że nie należy przekreślać osób, które kiedyś w jakiś sposób zawiniły. Zaakceptowałam go, zapominając, kim był kiedyś, głównie przez to, kim się teraz stał.
                Nie odepchnęłam go, gdy któregoś wieczoru przyszedł do mnie, od progu wpijając się w moje usta. Nie odepchnął mnie, gdy odpowiedziałam mu tym samym. Nie zaprotestowałam, kiedy położył się w moim łóżku. Nie uciekła z krzykiem, kiedy objął mnie, całując w czoło przed snem. Nie zrobiłam nic z tych rzeczy, bo wierzyłam, że moglibyśmy stworzyć szczęśliwą rodzinę. Chociaż chwilowo dawał mi być może złudne poczucie, że mój syn miał szansę na posiadanie ojca. W gruncie rzeczy wierzyłam, że Draco byłby dobrym ojcem.
                Ostatnie dni przed porodem spędziłam w ramionach młodego mężczyzny, ciesząc się chwilą. Nie oczekiwałam od niego, że po narodzeniu Freddiego zostanie z nami. Mało które facet chciałby wychowywać cudze dziecko. Tym bardziej dziecko swoich wieloletnich wrogów. Wiele wieczorów z nim rozmawiałam. Tematy były przeróżne, jednak nigdy nie doczekałam się żadnych słów świadczących o tym, że w jego życiu będzie miejsce dla mnie, jak i dla mojego syna. Sama nie wiedziałam, jak to się stało, że stał się dla mnie tak ważna osoba. Być może po prostu tak miało być.
                Kiedy wody mi odeszły byk pierwsza osoba, która została powiadomiona. W drodze na porodówkę postawił cały szpital na nogi. Po przekroczeniu progu szpitala od razu sięgnął po wózek, spiesząc się w kierunku naszego lekarza. Cały poród stał obok, ściskając mnie za rękę, dając tak potrzebne wsparcie. Nie interesowało go, jak wygląda narodzenie dziecka. Liczyło się dla niego to, żebym oddychała. Kiedy w Sali zabrzmiał histeryczny płacz, odwrócił się w stronę lekarza, obserwując mój mały cud. Uśmiechnął się lekko, po chwili spoglądając na mnie. W jego oczach lśniły łzy.
                - Jesteś najdzielniejsza kobieta na ziemi.
                Nachylił się nade mną, całując mnie w czoło. Podniosłam dłoń, ocierając pojedynczą łzę. Nawet się nie krył z faktem, że płacze. Złapałam jego dłoń, ściskając ja.
                - Dziękuję – wyszeptałam wyczerpana.
                Spojrzałam na lekarza, który niósł mojego syna. Podszedł do mnie i podał mi go. Był tak mały i drobny. Pojedyncze brązowe włosy i intensywnie niebieskie oczy. Wszystkie noworodki miały niebieskie oczy, ale Fred miał w odcieniu błękitnej wody w oceanie. Spojrzałam na Dracona, który patrzył na noworodka z dumą.
                -Będzie miał w przyszłości powodzenie wśród dziewczyn.
                Zaśmiałam się.
                -Ciekawe czy będzie trzeba uwalniać go od dziewczyn, czy odwrotnie.
                -Już moja w tym głową, żeby nie musiał długo o nie zabiegać.
                Spojrzałam na jego uśmiech i radość z narodzin Freddiego. Szczerze mnie zaskoczyły jego emocje. Nie spodziewałam się, że tak się ucieszy. Kiedy dwa dni później leżałam na Sali w szpitalu karmiących syna, przyszedł do mnie ze świeżymi kwiatami i podręczna torba. Spojrzałam na niego pytająco, obawiając się najgorszego.
                -Ja... Nie wiem jak ci to powiedzieć.
                -Rozumiem. Czas na nas. Miło, że mnie sam spakowałeś – powiedziałam, czując w gardle gorycz.           -O czym ty mówisz? – zmarszczył brwi.
                -Już nas nie chcesz. To zrozumiałe, mało kto decyduje się na wychowanie dziecka innego mężczyzny.
                -Granger... O tym właśnie chcę Ci powiedzieć – usiadł na łóżku, obserwując małego. – Przyjąłem go jak swojego. Dałem mu swoje nazwisko i nie interesuje mnie twoje zdanie, ale oczekuje, że jego mama niedługo też je zmieni.
                -Czy to znaczy, że...
                -Kocham cię Granger. Ciebie i małego. Nie wiedziałem jak to powiedzieć wcześniej. Kocham cię od samego początku, a małego pokochałem w dniu, kiedy usłyszałem jego bicie serca. Dałaś mi ciepło rodzinne i to właśnie z tobą chcę tę rodzinę stworzyć. Chcę, byś była szczęśliwa. Chce, by Fred miał ojca i obiecuję Ci, że będę jego najlepsza wersja.
                -Kocham cię Malfoy – powiedziałam i przyciągnęła go do siebie. Nachylił się nade mną, całując w małą główkę Freda, a później całując mnie w czoło – Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Dziękuję Ci za wszystko. Obiecuję, że nigdy cię nie zostawię.
***


- Oh Salazarze Granger – jęknął, przewracając się na łóżko, pod moim ciężarem.
                - Już nie Granger – powiedziałam i załączyłam nasze usta.
                Usłyszeliśmy cichy płacz dochodzący z pokoju obok. Malfoy jęknął.
                - Czy naprawdę nie mógł akurat dzisiaj przespać, chociaż połowę nocy? – przetarł dłońmi twarz.
                - To nie jego wina. Skąd mógł wiedzieć.
                Wstałam, kierując się w stronę pokoju rocznego synka. Po drodze zarzuciłam na nagie ramiona szlafrok. Weszłam do pokoju przyległego do sypialni, gdzie spał Fred. Leżał na plecach, patrząc zapłakany na sufit. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się, wyciągając małe rączki w moją stronę.
                - Chodź maluszku – wzięłam go na ręce, rozpoczynając cowieczorny spacer po pokoju. – Już spokojnie, mama jest przy tobie.
                Poczułam, jak się uspokaja. Po dwóch kwadransach odłożyłam go do łóżeczka, podając mu smoczka. Po dłuższej chwili poczułam dłonie na swoim nagim brzuchu.
                - Myślałem, że jak uśnie, to od razu do mnie przybiegniesz.
                - Jednak wygrała matczyna miłość – zaśmiałam się, odwracając się w jego stronę.
                - Jak się czujesz? – zapytał.
                - Świetnie Panie Malfoy – odpowiedziałam z uśmiechem. – Nareszcie szczęśliwa.
                - Miło mi to słyszeć Pani Malfoy – powiedział i pocałował mnie, powoli kierując się w stronę łóżka.
                Po roku od jego pamiętnych słów w szpitalu, na moim serdecznym palcu na lewej ręce pojawiła się obrączka. Po roku od narodzin Freda jestem szczęśliwą mężatką i matka. Po dwóch latach od śmierci Freda jestem naprawdę szczęśliwa. Kontaktu z Wesleyami nie mam do dziś. Od dzisiaj to Draco jest moja rodzina.
                Draco, Fred i mała fasolka rosnąca w moim brzuchu, o której jeszcze nikt nie wie. Tym razem to owoc naszej miłości. Może tym razem to będzie dziewczynka. Mała blondyneczka z brązowym oczami.
             Myślicie, że się ucieszy?


____________________________
Pamiętacie mnie jeszcze? :) Dość długo tu nie zaglądałam. A naprawdę tu się działo. 500tyś wyświetleń przekroczyliśmy i ta liczba wciąż rośnie! Nawet nei wiecie, jak się cieszę, że jeszcze ktoś tu zagląda :) 
Tym razem miniaturka w niecodziennym stylu. Zawsze chciałam włączyć z Dramione odrobinę Fremione. Mam nadzieję, że Wam sie spodoba. Buziaki :* A.N